Coś się kończy, coś się zaczyna, czyli ogródek barwierski po zimie

Rozpieściła nas zima tego roku. Najpierw ciepła była tak, że pomylić ją można było z wczesną jesienią. Z nadejściem Jule, gdy Ziemia odchyliła się od Słońca tak, że ciepło nie mogło już się uchować, spadły śniegi które szczelnie otuliły roślinność. Tak przygotowany świat i mój ogród barwierski teraz odwdzięczają się za szczęśliwie ułożoną zimę. Prawdą jest, że pożegnałam się z roślinami w naszym klimacie jednorocznymi, ale nie utraciłam za to ani jednej z roślin, z którymi mam związane plany na nadchodzący sezon, a tak się nie zdarza co roku. Coś odeszło, ale coś też zostało i da początek nowym, większym uprawom. 

Continue Reading

Barwienie jaskółczym zielem

Kto choć raz grał w Wiedźmina albo spędzał lato na wsi wie czym leczyć kurzajki i z czego smajstrować eliksir Jaskółka 😉 Po przerwaniu łodygi jaskółczego ziela (Chelidonium majus) wypływa z niej jasnożółty sok i po wysmarowaniu tym dwóch pieprzyków na twarzy (a nuż!) przyszła myśl, by wypróbować go na wełnie. Pomysł wydawał się być tym ciekawszy, że sok jest intensywny w barwie a im niżej rośliny tym jest ciemniejszy by w korzeniu osiągnąć kolor wręcz pomarańczowoczerwony.

Continue Reading

Mój ogródek barwierski

Po długim oczekiwaniu na pierwsze wschody i obawach czy mój, z niemałym trudem wydarty trawnikowi ogródek barwierski nie okaże się pustynią, w końcu bez wstydu mogę pokazać co się pokazało. Zanim przejdę jednak dalej.. dziękuję Misiu, że mi go przekopałeś! 🙂

Są sukcesy, ale i porażki. Jak dotąd nie widać ani siewek marzanny barwierskiej (Rubia tinctorum) ani rezedy żółtawej (Reseda luteola). Nie wydaje mi się, żebym wysiała je zbyt późno, bardziej podejrzewałabym swoje błędy ogrodnicze, bądź niecierpliwość.. liczę po trochu, że jednak jeszcze mogą się pokazać. Oby, oby!

Continue Reading

Nieco odważniej – włóczki singlowe

Jeśli chodzi o moje dotychczasowe preferencje nitkowe, były one jasno sklarowane – dwoiłam i troiłam swoje nitki na potęgę z myślą o przeznaczeniu skarpetkowo – szalikowo – czapkowym. Tym samym dokumentnie wyparłam ze swojego warsztatu włóczki singlowe. Oświecenie przyszło kiedy w moje ręce dostała się czesanka z owcy rasy Wensleydale, czyli morze połyskliwych fal. Z kolorów podstawowych umieszałam sobie pomarańcz i zieleń (a przynajmniej myślałam, że tak się stało) i ubarwiłam sobie tę wełenkę. Na zdjęciach widać, że kolory nie wymieszały się idealnie, ale tylko dodało jej to urody.

Continue Reading

Kolorowa lama

Kusiło mnie, by napisać „Lamia” (imię mojej szylkretowej koteczki) 🙂

Nieśmiało ugotowałam sobie w garnku połowę swoich zasobów wełny z lamy, czyli około 50 gramów. Strach trochę zdjął mnie przed zaryzykowaniem całej partii jaką mam. Włókno należy do tych luksusowych i w luksusowej cenie, stąd wiadomo.. 🙂 Na szczęście za ceną idą wrażenia sensoryczne – czesanka poddana została procesowi usuwania grubszych włosów, zatem to co trafiło w moje dłonie jest jak puch! Czesanka jest bardziej niż miękka w dotyku (20 mikrometrów!), z delikatnym połyskiem i lekko śliska. Bałam się utracić te właściwości podczas barwienia, które zawsze lekko wełnę podfilcowuje. Na próżno na szczęście 😀

Continue Reading