Barwienie nawłocią vol. 2

Nawłoć jest dla mnie jednym ze wskaźników upływającego czasu. Lato dzielę na czas dziurawca, czas nawłoci i w końcu czas wrotyczu. Ten post symbolicznie zamyka czas „czas nawłoci” – rośliny już przekwitły a część ich słonecznej esencji została zamknięta w moich wełnach.

W tym roku po raz kolejny przetestowałam sposób na barwienie tą rośliną metodą fermentacyjną a przy okazji zaproszę Was na zaplecze i przyznam się do czegoś.

Grzeszek nr 1:

Nawłoć jest piękna, miododajna, złota i pachnąca. Ale w tej beczce miodu jest łyżeczka dziegciu: ta „nawłoć” domyślnie nie oznacza naszej rodzimej nawłoci pospolitej (grafika obok), lecz „nawłoć kanadyjską” – inwazyjnego kuzyna o bogatszym, jakby pierzastym pokroju, który pojawił się w Europie Środkowej po raz pierwszy dopiero w XIX wieku. Przyznam szczerze – szukałam nawłoci pospolitej by moje barwienie miało jak najbardziej lokalny charakter, ale szczerze? Niby ma ona w nazwie „pospolita”, ale nie znalazłam w okolicy jej stanowiska. Jak wzorkiem sięgnąć mam u siebie megapołacie nawłoci kanadyjskiej. I odczucia mam dwojakie. Z jednej strony jest to piękna roślina, wdzięcznie oddająca kolor, ale z drugiej strony – wymknęła się ona spod jakiejkolwiek kontroli. Wypiera rodzime gatunki, a w mojej okolicy tworzy ogromne monokulturowe skupiska. Malownicze, ale jednak mono..

Tak wygląda przykładowe stanowisko nawłoci kanadyjskiej w pobliskim lesie (plus mój Miś-Maruda):

A grzeszek nr 2:

Nie trzymam receptury! Już poprzednim razem (link) gdy barwiłam nawłocią przekręciłam przepis dokumentnie i wyszło mi coś zupełnie innego. Tym razem nie było inaczej. Planowałam zmienić jeden detal. Wyszło troszkę więcej.

Receptura nr 2:

Zebrane rośliny (długości ok. 30 cm) wytrząsnąć z pająków (jest ich dużo!) i zalać zimną wodą. Miałam trochę zebranej deszczówki, więc u mnie było to pół na pół – pół gara deszczówki i pół gara wody ze studni. Przykryłam to przykrywką i rozpoczęłam czekanie przerywane mieszaniem nawłociowej zupy 🙂 Drugiego dnia na powierzchni wody utworzyła się nieznaczna ilość pęcherzyków – najlepszy znak, że proces fermentacji się rozpoczął. Kiedy jednak teraz porównuję to ze zdjęciami z poprzedniego procesu mam wrażenie, że gar z początku fermentował wolniej..

4 dnia od nastawienia gara powierzchnia nie wyglądała zbyt „aktywnie”, dopiero po przemieszaniu pwoierzchnia się zabąbliła (w tym samym momencie poprzednio przeprowadzona fermentacja tworzyła wręcz pienisty korzuch)
nie za dużo tych bąbelków:

po 6 dniach powierzchnia widocznie się zasmużyła (pod spodem rośliny były żywo żółte z delikatnym skrętem w odcień zielonkawy):

Po zamieszaniu kadzi – jest i piana 🙂 Na tym etapie wciąż liczyłam na powtórzenie oszałamiającego sukcesu barwierskiego z poprzedniej próby:

8 dni po nastawieniu zupy (codziennie ją mieszałam) powierzchnia wołała już o pomoc. Nie było chwili do stracenia. Ostatni raz zamieszałam w garze i wyrzuciłam rośliny na kompost (wyglądały dokładnie tak samo jak na zdjęciu wyżej – żółto – zielono – brązowe, dość żywe).

I teraz spostrzeżenie – moja zupa nie była idealnie „kremowa” jak ostatnio i może to mieć 2 przyczyny – albo poprzednim razem zdjęcie zrobiłam dopiero po rozmieszaniu tej zawiesiny w garze (nie pamiętam czy tak zrobiłam..) albo tym razem coś mi po prostu nie wyszło:

W tym momencie w garze zanurzyłam uprzednio zaprawione wełny (15% ałun i 7% kamienia winnego, zaprawianie standardowe), podłożyłam ogień i prawie-gotowałam zupiszcze przez godzinę. Całości pozwoliłam spokojnie przez noc ostygnąć i następnego dnia.. moim oczom ukazało się 300 gramów o dość intensywnej żółci ze skrętem w odcienie chartresuse:


A tak wygląda porównanie między kolorem uzyskanym poprzednim przepisem w porównaniu z tym co wyszło mi dziś (na szpuli kolor z receptury nr 1, luzem receptura nr 2):

Trudno mi się pogodzić z tym zdjęciem, ponieważ wygląda jakby ewidentne włóczka na szpuli była po prostu mocniej wysycona. W rzeczywistości jednak kolor „jaśniejszy” wydaje mi się naprawdę nasycony (aparat tego nie uchwycił), a większą różnicę widzę w odcieniu. Ten na szpuli to żółty – żółty, jak kredka którą się rysuje słońce. Jaśniejszy ma klimat żółtego chartreuse. Zazielenił się.

Podsumowując moje wrażenia nt. koloru – nie jest super intensywny, ale podoba mi się bardziej! Osobiście uwielbiam barwy skręcające w zimne odcienie i tej kolor to moja para kaloszy. Barwiersko jednak – zero powtarzalności 😀

Żeby oddać procesowi sprawiedliwość, oto lista zmian jakie nastąpiły między recepturą nr 1, a nr 2:

  1. inna woda (mieszkałam w dwóch różnych miejscach i korzystałam z różnych ujęć)
  2. rośliny z innych stanowisk rosnące w różnych warunkach (tego roku mamy potężną suszę)
  3. woda, którą zalałam gar była zimna (poprzebnio zalałam gar wrzątkiem)
  4. inna ilość wełny (poprzednio było to 150 g, tym razem 300 g na pełen gar kwiatów)
  5. potężny upał na dworze (być może to stąd fermentacja tuż po „ruszeniu” przygalopowała tak mocno, że rośliny wystające ponad powierzchnię wody aż zrudziały)
  6. inny sposób zaprawiania wełen – poprzednio była to 3 dniowa fermentacja w ałunie, tym razem zwykłe gotowanie 1 h w ałunie i kamieniu winnym.

Podobieństwa:

  1. ten sam gar i mniej więcej taka sama ilość roślin
  2. nawłocie ucinane były na 30 cm (obecne były zarówno kwiaty jak i część zielona)
  3. po wyjęciu roślin z „fermentownika” włożyłam do wody wełny, zagrzałam przez godzinę i zostawiłam na noc by się opiła koloru

Jak widać, różnic było sporo. Chyba za dużo by jednoznacznie stwierdzić co zmieniło kolor. Cóż.. magia nieoznaczoności naturalnego barwienia! Za rok spróbuję jeszcze raz 🙂

You may also like:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *