Coś się kończy, coś się zaczyna, czyli ogródek barwierski po zimie

Rozpieściła nas zima tego roku. Najpierw ciepła była tak, że pomylić ją można było z wczesną jesienią. Z nadejściem Jule, gdy Ziemia odchyliła się od Słońca tak, że ciepło nie mogło już się uchować, spadły śniegi które szczelnie otuliły roślinność. Tak przygotowany świat i mój ogród barwierski teraz odwdzięczają się za szczęśliwie ułożoną zimę. Prawdą jest, że pożegnałam się z roślinami w naszym klimacie jednorocznymi, ale nie utraciłam za to ani jednej z roślin, z którymi mam związane plany na nadchodzący sezon, a tak się nie zdarza co roku. Coś odeszło, ale coś też zostało i da początek nowym, większym uprawom. 

Coś się kończy. Rdest barwierski

Nie będzie już w moim ogrodzie miejsca na rdest barwierski (Persicaria tinctoria), który jako przybyły z Chin i Indii nie ma uczciwego zastosowania w barwieniu na modłę europejsko – wczesnośredniowieczną. Rozumiem, że finalnie otrzymanym barwnikiem jest dokładnie ten sam związek, do którego dochodzimy na końcu urzetowych reakcji, ale idąc tym tropem nie różniłabym się niczym od rzemieślnika używającego współczesnych pigmentów bo „chemicznie związek ten sam”. Nie tędy droga.

Kończy się również i obecność krokoszu barwierskiego. Jego uprawy rozprzestrzeniły się w Europie dopiero w XVII wieku. Drugim minusem były zaciągnięte ubrania i podarty naskórek na rękach ilekroć nieopatrznie przemknęłam obok tych kolczastych kwiatów. Kwiaty godne zerrikańskiego Słońca, ot co!

To co się zaczyna, to wielka uprawa urzetu barwierskiego. Roślina ta była ze mną cały poprzedni sezon. Powtarzając zbiór i procedurę barwienia doszłam do wprawy, która pozwoliła mi odrzucić termometr, a kadź oceniać na oko i na dotyk. Również i barwnik z każdym kolejnym barwieniem wyciągałam skuteczniej i od tego sezonu to właśnie ta roślina, żadna inna, będzie moim źródłem koloru niebieskiego. Przed paroma dniami dosłownie, wprost do gołej ziemi wysiałam garść nasion, które dojrzały w słońcu południowej Francji. Drugoroczne rośliny za to dostarczą mi nasion na przyszłoroczny siew.

Urzet barwierski, drugoroczna roślina z wznoszącymi się pędami

Można pisać i mówić, że liście są mniej wydajne niż rdestu barwierskiego, czy indygowca. Albo i łzy wylewać nad nietrwałością prekursora indygo zawartego w liściach co sprawia, że barwienia nie odłoży się na później susząc liście. Ale to jest właśnie ta roślina, z której uzyskuje się kolor niebieski właściwy dla europejskiego średniowiecza. Uzyskane odcienie rozpiąć można między delikatnymi błękitami a granatami, które osiągnąć można przez wielokrotnie ponawiane zanurzenia. Moim ulubionym jest jednak typowo urzetowy odcień błękitu, w męskim słowniku funkcjonujący jako „jasno niebieski”. Tak charakterystyczny dla tej rośliny:

urzetowe niebieskości

Zachwyca mnie ten kolor! Uzyskanie go wymaga cierpliwości, zorganizowania, a przede wszystkim wyczucia czasu. To chyba również jeden z powodów, dla których urzet jest moją ulubioną rośliną barwierską. Lubię ten proces za to, że tyle wymaga. Ale i za to jak wynagradza.

Największymi emocjami obdarzyła mnie jednak w tym roku marzanna barwierska. Cała paczka nasion  trafiła w zeszłym roku na dwa skrawki ziemi. Do końca lata uparcie nie zasiewałam ich niczym innym czekając uparcie na choć jedną roślinę i w sierpniu dopiero jedna nieśmiała roślina rozpostarła swoje palczaste liście. Tak jak łudziłam się, że choć jedna roślina z owych nasion wyrośnie, tak i zimę całą spędziłam licząc, że przetrwa ona czas zimna i zamieci.

Dziś, 2 kwietnia marzanna moja nie jest już niemowlęciem, lecz podrostkiem. Wyplewiłam zazdrosne o słońce i wodę chwasty i podlałam by zdrowo rosła. Liczę na świeże, tegoroczne nasiona i możliwość rozmnożenia przez podział kłącza. Zobaczymy z czasem na ile okaże się ona zdrowa i silna. Niech jej się szczęści w moim ogrodzie! Poniższe zdjęcia to moja marzanna sfotografowana odpowiednio: 21 marca i 1 kwietnia.

Ostatnim okazem, na którego przebudzenie czekałam jest janowiec barwierski. W jego przypadku nie liczę jednak na wielkie ekscesy barwierskie, jako że kolor żółty z powodzeniem da się uzyskać z wielu dziko rosnących kwiatów. Będzie mi, tak jak nachyłki barwierskie, ozdobą podczas kwitnienia.

This way plants that were not fitting the realms of medieval Europe disappeared from my garden. They left however a trail of experience in working with them. In addition, they have gained a herbal protection against pests. Last year brought taught me the same lesson once more I would be simply stupid if I did not mix herbs with my most valuable crops. Last summer, the invasions of pests invaded my dye garden, which grew in isolation from the herbal part. I don’t need to mention here the herbal garden stayed healthy all the season. This year I placed my new woad field  behind a ribbon of thymes, melissa, sage and hyssop and lavender and my old plants which are going to produce seeds this year received a company of melissa. A Witcher metamorphosis has gone through my gardens this year. There will no longer be a place for massively grown tomatoes and celery. This year I will grow herbs, „cauldron” plants and flowers only. This is going to be a very blue year!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *