Islandzkie wrzeciono

Dziś będzie sporo zdjęć dokumentujących krok po kroku jak z kawałka kamienia i szczapki drewna powstało wrzeciono wzorowane na znaleziskach z czasu pierwszego osadnictwa na Islandii.

Sam pomysł by samej (i oczywiście – z pomocą Miśka) stworzyć sobie wrzeciono zrodził się  już parę dni temu. O ile samo wystruganie drewnianego wrzeciona barierą nie do pokonania nie jest (o szkockich bezprzęślikowych wrzecionach będzie niebawem), to innowacją w tym wypadku miało być skupienie większej części masy na dole poprzez dodanie przęślika. I to najlepiej historycznie poprawnego. Wybór materiałów z jakich można go wykonać jest całkiem szeroki, jako że wykonywano je właściwie z każdego  materiału jaki był lokalnie dostępny. I tak znajduje się je wykonane z gliny (również i szkliwione), szkła, drewna, kości, rogów, bursztynów, ołowiu czy kamieni. Z racji ograniczeń technologicznych zrezygnować musiałam z tych materiałów, które wymagają obróbki cieplnej, a i brak u mnie kości czy bursztynów. Skupiłam się na kamieniu i tu wybór rozdziela się na wapienie, piaskowce i steatyty. Wspólnym ich mianownikiem jest to, że w przeciwieństwie do większości silnie skonsolidowanych skał magmowych i metamorficznych, są relatywnie łatwe w obróbce.

Pobieżny rzut oka na moją niedużą kolekcję minerałów wyłonił potencjalny przęślik – problematyczny kawałek tufu, prawdopodobnie riolitowego przywieziony z Islandii. Kamień jest bardzo porowaty, gładki w dotyku (gładszy od piaskowca, ale nie mydlasty) nie dający się zarysować paznokciem ale jednak na tyle słabo skonsolidowany, że łatwo podda się rozbijaniu prostym narzędziem. Idealny wprost materiał, którego jednak przez długi czas nie potrafiłam odnaleźć w źródłach.. Jedyny tufowy przęślik jaki w końcu znalazłam to obiekt odnaleziony w wykopie o oznaczeniu H na miejscu wykopalisk archeologicznych w Skútustaðir na północy Islandii w oszałamiającej ilości – 1.

mapa

Mam cichą nadzieję, że gdzieś mogą się podziewać zaginione tufowe przęśliki, błędnie wzięte za piaskowce, albo koraliki.. mocno w to wierzę, gdyż jak się później okazało – materiał w obróbce jest bardzo wdzięczny i grzechem byłoby z tego surowca nie skorzystać!

Kolejnym elementem jest samo wrzeciono – tu poprosiłam Arka swojego by ustrugał mi w swojej stolarni prosty, niezakończony niczym patyk ze zgrubieniem mniej więcej w 1/3 wysokości, na którym nawijać będę uprzędzioną wełnę. Szczęśliwie w tym roku palimy w kominku brzozowymi polankami, więc z gatunkiem drewna również udało się utrafić dość szczęśliwie. Mało wyrafinowane jest może z wyglądu, ale na pewno zgodne geograficznie. Na zdjęciu – eksponaty z Islandzkiego Muzeum Narodowego w Rejkiawiku (postawione do góry nogami, ale można i tak 😉 ).

icelandic_museum

A wracając do mojej części – oto etapy wykuwania przęślika:

DSC_0041-1

DSC_0048-3

 

DSC_0058-9

 

 

 

 

 

 

 

 

DSC_0062-12

 

 

 

 

 

 

 


DSC_0078-19

 

 

 

 

 

Jedynymi moimi narzędziami było stare dłuto z drewnianym pobijakiem i na końcu papier ścierny do wygładzenia brzegów i środka otworu, aby nie ranił mi wrzeciona. Po przepłukaniu przęślika z pyłu (chłonie wodę jak gąbka) przez pewien czas cieszył oko intensywnymi odcieniami:

DSC_0068-18

Podczas wykrawania otworu napotkałam jeden jedyny problem technologiczny – z jednej strony (tej z ładną, ale fatalną w obróbce żółtawą częścią) twardość kamienia była ponad moje możliwości. W innym przypadku sięgnęłabym po bardziej jednolity okaz.. jednak z racji szczupłych zasobów (miałam tylko jeden taki kamień!) należało zrobić wszystko co się da i tym samym dokonałam gwałtu na historycznym podejściu do stworzenia wrzeciona przy pomocy wkrętarki 😉

Tak prezentował się gotowy przęślik nasunięty na wrzeciono:

DSC_0084-21 DSC_0083-20

 

 

 

 

 

 

Waży 23 gramy, co w połączeniu z wrzecionem (10g) daje całość o wadze 33 gramów, czyli całkiem dobry wynik jak na pierwszy, zaczynający pracę przęślik (w planie są kolejne 2 – lżejsze, zakładane gdy ciężar uprzędzionej wełny zacznie być uciążliwy).

A jak się sprawuje w praktyce? Baaaardzo, bardzo miło. Po doświadczeniach ze szkockimi wrzecionami (które i tak lubię 😉 ) przeżyłam niemałe zaskoczenie tym jak ono się pięknie kręci. Co za cudowna ponadczasowa konstrukcja! 😀 Dobrze zakręcone wrzeciono kręci się bez odczuwalnej precesji na tyle długo, że bez dokręcania mogę uprząść tak długą nić, że wrzeciono oprze się o ziemię (a przędłam stojąc). Przęślik, na szczęście trzymał się na miejscu wzorowo. Bałam się tego, że pod wpływem swojego ciężaru pokona siłę tarcia trzymającą go na miejscu, ale jeśli już spadł to tylko i wyłącznie dzięki sile bezwładności, która wyrywała go z wrzeciona podczas uderzenia o ziemię kiedy całość mi upadła. Jedynym mankamentem konstrukcji jest konieczność wyczucia przy zaplątywaniu prostego węzełka na górze wrzeciona, które zapobiega odkręcaniu się nici przy puszczaniu zakręconego wrzeciona luzem. Ale parę chwil i nawet to nie sprawia problemu.

Podsumowując – wrzeciono działa 😀

Na zdjęciu z uprzędzioną wełną z owieczki islandzkiej 🙂 :

DSC_0133-24
DSC_0112-23

 

 

 

 

 

 

 

You may also like:

2 komentarze

  1. Alicja, what is amazing is that I remember seeing whorls like that in an exhibit at a junior college on the coast of Florida by Jacksonville!

    1. Now whatever museum I will visit, I will photograph every single spindle with its description. This topic is more interesting I have ever thought and internet does not provide everything 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *