Kupujemy stary kołowrotek do przędzenia typu castle

 

Przyszedł i w końcu czas na mnie – zatwardziałą zwolenniczkiem przędzenia na nowiuśkich, współczesnych kołowrotkach. Dzisiaj stałam się dumną właścicielką poczciwego staruszka roboczo nazwanego Pimpusiem z racji swoich rozmiarów i skromnych możliwości (póki co!). Czuję jednak że kółko to ma potencjał i może być warto włożyć w niego odrobinę pracy by dać mu drugie życie. No dobrze, umówmy się, że nie tak wcale odrobinę.. potrzebna tu będzie gruntowna renowacja, ale aż nie mogę się doczekać efektu końcowego. I to tym bardziej, że:

  1. Kołowrotek jest śliczny
  2. Wszystkie elementy działają

Nie są to osiągi nowego kołowrotka i nigdy nimi nie będą, ale trzeba pamiętać, że jest to staruszek, który na dodatek padł ofiarą pseudo renowacji, która miała sprawić, że sprzęt szybciej się sprzeda. Całość została naprawdę byle jak machnięta lakierem, który nadał mu bezduszną gładką fakturę. Rzecz absolutnie do usunięcia.

Kołowrotek jednak jest uroczy i mam nadzieję, że okaże się tak niezłomny jak Maluch, który całą pięcioosobową rodzinę potrafi dokulać na wczasy nad morze. Proszę Państwa, oto Pimpuś:

 

Śliczny kołowrotek stojący typu „castle” z długą kądzielą, której nie zawaham się użyć. Pokażę go tutaj bez pudrowania by wskazać na co można zwracać uwagę kupując staruszka.

Koło napędowe wprawiane jest w ruch jednym pedałkiem. Na zdjęciu widać jak złogi tego okropnego lakieru błyszczą zapowiedzią wielu godzin pracy. Pierwsza trudność. Dobrze tutaj również widać i kolejne 2 usterki: pierwszą jest pęknięcie na elemencie piasty koła napędowego. Liczę na to, że element nie rozpadnie się zbyt szybko, ale jeśli już się to stanie, pacjent przejdzie operację w stolarni.

Drugą usterką, na szczęście o wiele mniej groźną jest brak kołeczków (po jednej i drugiej stronie koła), który tu na zdjęcia ma trzymać w miejscu metalowy pręt przenoszący napęd z pedałka na koło (ktoś mi to pomoże nazwać?). Absolutnie przyjemna rzecz w naprawie i przy okazji wyeliminuje nadmierne chybotanie koła.

Powolutku przechodzimy do serca kołowrotka, czyli zespołu wrzeciona. Wlot nitki razem z otworem, którym nitka wychodzi w kierunku haczyków to znak, że albo ktoś dobrze się przygotował do wykonania ozdoby, albo jest to rzeczywiście użytkowy eksponat. Niestety większość metalowych elementów nosi znamiona rdzy, ale i z tym sobie poradzimy.

Kompletny zespół wrzeciona jaki tu mamy, to skrzydełko z zestawem haczyków, osadzona na nim szpulka oraz kółeczko z dwoma przełożeniami, na którym opiera się sznurek napędowy. Na zdjęciu poniżej przełożony mam go przez jeden tylko rowek tak by na potrzeby fotki wyglądał na naprężony, ale różne średnice kółka z przełożeniami i rowka na szpulce sugerują, że kołowrotek napędzany będzie w mój ulubiony sposób, czyli „double drive”. W tym systemie sznurek napędowy przekładamy przez kółeczko napędzające zespół wrzeciona oraz przez rowek na samej szpuli (znajduje się on z tyłu szpulki, po stronie niewidocznej na zdjęciu). Różnica prędkości obrotu zespołu wrzeciona oraz samej szpulki sprawi, że oprócz nawijania nitki pojawi się również jej skręcanie, czyli to o co nam w tym wszystkim chodzi. Kołowrotek z takim napędem nie potrzebuje osobnego hamulca, którego obecności i tak tu nie stwierdzono.

Kolejne zdjęcie to zbliżenie na element znajdujący się po prawej stronie od wlotu nitki. Śmiga śmiało po śrubie pozwalając na odsunięcie do siebie poziomej belki będącej mocowaniem dla zespołu wrzeciona.

Jak widać, naprawdę łatwo jest go uwolnić i zdjąć szpulkę.

Każdy z ruchomych elementów zespołu wrzeciona porusza się zaskakująco płynnie. Nie ma wielkiego tarcia. Niedużym problemem jest jedynie regulacja jego odległości od koła napędowego. Służy do tego ten malowniczo zalany lakierem gwint znajdujący się w najwyższej części kołowrotka. Pierwotnie był zupełnie zastały, po rozruszaniu go na siłę okazało się, że cały układ da się nim przemieścić prawie na całą jego długość. Nic się nie rozpadło, całość śmiga, mam nadzieję że po doczyszczeniu uda się wyrwać ze szpon snu i te ostatnie brakujące 5 mm.

Ciekawostką natomiast okazał się otwór po prawej stronie „ryćki”, w który idealnie pasuje kądziel

Po jej przełożeniu wełna, którą będzie ona obłożona znajdzie się w idealnej odległości od wlotu nitki. Mała rzecz a tak cieszy!


Podsumowując cały zakup – Pimpuś z racji swojego wieku i wymiarów nigdy, ale to nigdy nie będzie kołowrotkiem wyścigowym. Posiada nieduże koło napędowe, jeszcze mniejszą szpulkę na razie w oszałamiającej ilości 1 i przełożenie, które bardziej pasuje do przędzenia grubych nitek bądź wielenia niż przędzenia pajęczej nici. Ale za to nie ma na nim  żadnych śladów po kołatkach ani spękań innych niż to przy kole. Całość jest dokładnie jak na zdjęciach i pracuje całkiem cicho. Jeśli jednak na bok odłożymy suche parametry okaże się, że on jest po prostu śliczny. Z wielką przyjemnością wezmę go na warsztat, odnowię i wprawię w ruch. Przydałaby mu się również zmiana koloru na bardziej drewnopodobny. Obecny odcień musztardy zmielonej z pomidorem to nie to co pasuje do Pimpusia, o nie!

Przede mną dużo pracy nad nim, ale już widzę tę stylową konstrukcję wprawioną z powrotem w ruch i furkoczącą letnim popołudniem na podwórku.. Całość kosztowała 100 zł i zapowiada się całkiem funkcjonalne i baardzo klimatyczne kółko. Popracujemy nad nim, zobaczymy co z Pimpusia wyrośnie 🙂

1 thought on “Kupujemy stary kołowrotek do przędzenia typu castle

  1. No wreszcie ktoś się pokusił o opisanie strasznego stwora, i to jak dla mnie laika zrozumiale i jeszcze zilustrowane zdjęciami. Dlaczego nie ma polskiej pozycji gromadzącej wiedzę o kołowrotku od a do z? Obcojęzyczne są bardzo drogie a i tak bym nie zrozumiała wszystkiego. Natomiast filmiki na yt pokazują prządki już w trakcie przędzenia, bez tej ważnej fazy poprzedzającej przędzenie. Brawo Ty, oby tak dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *