Odczarowując czerń

Jakiś czas temu udało mi się utkać całkiem ładną krajkę w eleganckiej czerni i bieli. Żeby jednak zachować względną historyczność, biel była bardziej w kolorze ecru a czerń nie do końca idealna, by przypominały kolor naturalnej wełny. Sądziłam, że wszystko będzie dobrze, do momentu jednak w którym pokazałam krajkę szerszemu gronu. Oprócz wielu miłych słów bowiem usłyszałam wątpliwości na temat używania czarnej barwy, ponieważ „w średniowieczu tym kolorem nie dysponowano”. Nie da się naturalnie barwić wełny na czarno, więc źle i już!

A czarne owce?

I to jest świetny argument 🙂 Czarne owieczki żyły dawniej i żyją sobie do dzisiaj. Dzieląc jednak włos na czworo należy przyznać, że czerń ta nie jest idealna. Wpada ona w brąz, a jeśli już przypomina ona odcieniem tę czerń o jaką nam chodzi to jest nie wysycona. Widać w runie włoski czarne, szare i białe na raz.

wełna z polskiej owcy górskiej odmiany barwnej

Żeby ostatecznie rozprawić się z rozterką typu „czy ja na pewno mogę użyć współczesnej czarnej włóczki do wyrobu krajki w miarę historycznie poprawnej” postanowiłam wełenkę na następny projekt uprząść własnoręcznie i porównać efekt z wełenką współczesną. I tak powstał projekt „owca”. Na warsztat wzięłam moją ulubioną rasę, czyli owieczkę islandzką. Pisałam o niej nieśmiało w poście na temat prymitywnych ras owiec ale wspomnę i tutaj, że wybór pada na nią nieprzypadkowo. Spośród wszystkich hodowanych dziś owiec to przypuszczalnie owca islandzka jest najbardziej zbliżona genotypowo do tych hodowanych przez Wikingów. Dokładając do tego wzór krajki stylizowany na odkrycie z Birki zapowiadał się bardzo ciekawy projekt 🙂

Przeniosłam swój kołowrotek z sypialni do warsztatu, przejrzałam swoje islandzkie zasoby, włączyłam w youtubie serię dokumentów o monarchiniach wczesnośredniowiecznej Anglii i zabrałam się za pracę 🙂 Jeśli chodzi o barwy, wybór mój padł na czerń (no przecież!), brąz i delikatnie niebieskawą czesankę ubarwioną tego lata w urzecie. Kolor jaki wyszedł jest ledwo widoczny, ale nie męczyłam już czesanki by nie sfilcować jej za bardzo (barwiłam wełnę przed przędzeniem) a i ciekawa byłam czy taki lodowy odcień będzie dobrze wyglądał. Po lewej widać niestety ostatni moment, w którym wyglądał zachęcająco. W połączeniu z silnymi i ciemnymi kolorami ta niebieskość zbladła jeszcze bardziej i ledwo widać, że wełenka dotknęła, musnęła wręcz jakikolwiek barwnik.

Nic to. Nawinęłam wełnę na krosieńko i zabrałam się za tkanie.To była zupełnie inna historia niż z wełną fabryczną! Uprzędłam ją w sposób worsted, wiec była zupełnie nierozciągliwa, a na dodatek wyszło z niej wszystko co jest charakterystyczne dla prymitywnych ras owieczek – była szorstka, gryząca i bardziej haczliwa od wełny, której zwykle używam. Do tego dochodziło moje własne, osobiste drżenie. Czy ja ją dobrze skręciłam? Dwojona była, więc niby nie powinna, ale czy to cioranie tabliczkami nic jej nie zrobi? I tak aż do samego końca tkania 🙂

Odcinanie z krosna tej krajki było chyba najbardziej satysfakcjonującym momentem mijającego tygodnia. Wzór był prosty, ale drżenie o osnowę własnej roboty wyczerpało mnie psychicznie 😀 Efekt jednak jest i to nie byle jaki. Oto moja najbardziej historyczna krajka jaką kiedykolwiek wykonałam!

W dotyku jest jak prawdziwy Wiking – szorstka, gryząca i mocna 😉 I dokładnie dwa razy cięższa od krajki podobnego rozmiaru „popełnionej” wełną fabryczną.

I na koniec wisienka na torcie, czyli porównanie między krajkami wykonanymi z wełny maszynowej (u góry) i ręcznie przędzionej, z niebarwionej, naturalnie czarnej owieczki (u dołu):

Zgodzę się, że jest różnica. Czerń u dołu jest cieplejsza, o brązowawym odcieniu, ale pamiętajmy, że są i inne gatunki owiec w kolorach delikatnie innych, a druga rzecz – kolor zawsze można dodatkowo przyciemnić gotując z galasami dębowymi. W ogólnym rozrachunku jednak chyba nie wypadła wcale źle, prawda?

I na koniec takie ciekawe przemyślenie wpadło mi do głowy.. wielokrotnie i w różnych miejscach spotkałam się z tymi „czarnymi” rozterkami, ale żeby ktoś się przejmował, że czerwony nie jest wystarczająco marzannowaty? Albo niebieskość urzetowa? Tylko tej biednej czerni się obrywa.. Choć z drugiej strony na to patrząc – miło się wgłębiać w takie niuanse, prawda?

Żegnam się dziś zimowym akcentem z mojego podwórka:

Czas na gorącą herbatkę z cytryną. Życzę miłego wieczoru!

1 thought on “Odczarowując czerń

  1. Ale czerń u dołu jest podkręcona przez otaczający ją brąz więc moim zdaniem różnica jest minimalna. Obie krajki ogromnie mi się podobają. Podziwiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *