Zimowa impresja art-yarnowa

Miałam niedawno ogromną przyjemność zamówić sobie czesanki marzeń. Dosłownie. Po okresie zachłannego testowania czystych wełenek różnych gatunków owiec (był kiedyś pomysł by taki cykl napisać.. może warto go zreaktywować?), przyszedł moment, w którym zapragnęłam dodatkowych radości a i bardziej ufam już we własne siły i wiem, że wyższe fale już nie zaleją mojej głowy!

Pośród wełenek, których zapragnęłam podotykać i zamienić w nitkę znalazła się ta oto boska mieszanka wełny z merynosów w 3 kolorach – białym, niebieskim i kruczym oraz.. lnu. U dołu warkocza widać jak pięknie, roślinnie odznacza się on na tle gładkiej wełny.

Prawda, że piękna? To co piękne jednak w warkoczu nie zawsze tak samo cudnie wygląda już w nitce niestety.. A przy takim sposobie wymieszania włókien moja wspaniała zimowa wełenka mogła skończyć jak mieszanina roztopionego śniegu z błotem. I tutaj właśnie pojawiła  się podstawowa rozterka:

~~~~~~
W jaki sposób zaprojektować tę nitkę by zachować ciągłość transferu piękna, wpierw z czesanki na nitkę i później, z nitki na wykonaną z niej dzianinę?
~~~~~~

Na samym początku odrzuciłam najbardziej oczywiste dla mnie sposoby przędzenia. Wyciągnięcie włókna w cienką, pojedynczą nitką zachowałoby te piękne przejścia kolorystyczne, ale później jednak, w robótce drutowej czy szydełkowej, te krótkie przejścia nałożyłyby się na siebie zbyt gęsto i przypuszczam, że dzianina kolorystycznie mogłaby mieć strukturę quasi-granitową, o którą w ogóle mi w tym przypadku nie chodzi. Z tego powodu tym bardziej odrzuciłam ideę dwojenia czy trojenia cienkich nici. Sensownym tropem byłoby pójście w stronę grubych singli.. albo dubli.. albo.. ??

Bardzo dobrze jest mieć takie rozterki. Z czasem nitki staną się bardziej przemyślane i nieprzypadkowe. A i zdobywanie kontroli nad każdym etapem procesu tworzenia jest prawdziwie satysfakcjonujące.

Efektem rozmyślań był pomysł stworzenia delikatnie art-yarnowej włóczki. Nić postanowiłam uprząść metodą cienko-grubo i spiąć ją na końcu ładnym, białym włóknem by uformować perłowy sznur o zmiennej grubości. Przetasowałam swoje zasoby i po paru przymiarkach (proteiny mleka za żółte, wodorost zbyt błyszczący, merynos niepotrzebnie puchaty..) dobrałam do kompletu cudo prawdziwe – włókno ze szczmielu białego, czyli azjatyckiego krewnego naszej pokrzywy, znanego tez pod nazwą ramia indyjska. Dodanie kolejnego roślinnego włókna estetyką dobrze skomponowało się z już obecnym lnem a przy okazji nie musiałam bać się o wytrzymałość tej cieńszej nitki przy naciąganiu podczas dublowania. Włókno szczmielu tworzy jedną z najmocniejszych nici jakie miałam dotąd szansę prząść!

Tak wygląda w świetle dziennym moja prawdziwie zimowa włóczka (kliknij na zdjęcie, by otworzyć w większym rozmiarze):

Kolejna odsłona sopli lodu:

Zimowe babie lato:

Tak cały motek zimowych cudów prezentuje się uformowany w suknię dla zmarzłych bylin:


Dawno przędąc na kołowrotku nie byłam tak pewna tego, że chcę tę nić ukręcić własnie w taki właśnie sposób. Nitka jest interesująca od samego początku aż do ostatniego metra, a skręcając te zimowe spiralki czułam taką radość, że wołałam z drugiego pokoju mojego Arka, by przyszedł popatrzeć!

Arcyciekawy jest również aspekt techniczny takiej przędzy. Jak na dłoni było widać jak ładnie po końcowym płukaniu nastąpiła dystrybucja skrętu po całej długości i nawet jeśli z początku grubsze fragmenty były nieco ruchome, finalnie całość jest mocno stabilna. Włóczka okazała również zdolność do samoregeneracji po płukaniu. Obawiałam się, że bardziej puchate miejsca mogą się niepotrzebnie spuszyć, bądź ugnieść, ale po wyschnięciu okazało się, że na urodzie tylko zyskała i ładnie się zbalansowała.

Rozpływam się nad tą nitką.. ale ona jest taka jaka miała być, mroźna w każdym calu. Obawiałam się kiedyś mieszanek wełniano-lnianych, ale tutaj, te szorstkawe, białe, połamane włókna, które widać czasami wystające z nitki, kojarzą mi się ze zeschniętymi źdźbłami wydostającymi się spod śniegu. Nie wiem jak Wam się ten efekt podoba, ale ja, jako prządka, efekt uwielbiam!

Pozostaje teraz jedynie kwestia dalszego życia nitki.. W dalszym ciągu istnieje obawa, że kolorystycznie barwy się wymieszają, pozostaje to zatem polubić dostając jednak w zamian ciekawą fakturę dzianiny, bądź pójść w zupełnie inną stronę i spróbować na przykład co jakiś czas użyć tej nitki jako wątku w ręcznie tkanym białym szaliku.. Jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia!

Czuję, że zupełnie niespodziewanie rok 2017 może się dla mnie okazać rokiem odkrywania nowych fristajlów kołowrotkowych. Pytaniem na teraz jest wręcz nie czy, tylko jaki art-yarn stworzyć jako następny?

5 thoughts on “Zimowa impresja art-yarnowa

  1. Podziwiałam już na fb, dorzucę się także tutaj. Uprzedlas prawdziwe włókno dla Królowej Śniegu… cudowna nitka 🙂

    1. Dziękuję, jest mi ogromnie miło! Nieśmiało myślę o zrobieniu małego tutorialu jak taką nitkę zrobić.. potrzebny do tego byłby jedynie ładny słoneczny dzień by uchwycić trochę światła. Ewentualnie mogłabym wyjść z kółkiem na dwór i.. zrobić to po zimowemu 😉 Sprawa jest do przemyślenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *