Powrót prządki

Jestem! W końcu wróciłam i wypada pozbierać to, co przez ostatnie miesiące leżało odłogiem, ale wpierw słowo wyjaśnienia, gdyż tegoroczny sezon letnio – jesienny utknęłam tam gdzie Europa wita się z Azją, znosząc upały, kurz, błoto, jeszcze raz upały i turecką muzykę zgodnie puszczaną przez wszystkie stacje radiowe od rana do nocy. Plan mój zakładał, że w międzyczasie co jakiś czas miał się tutaj pojawiać nieduży wpis o projektach, które mam ukończone, obfotografowane, lecz jeszcze nie opisane. Rzeczywistość zweryfikowała jednak te plany po swojemu i kiedy wieczorem wracałam do pokoju hotelowego jedynym instynktem jaki mi jeszcze działał był „zew poduszki”. Z tegorocznych „wakacji” przywiozłam kolejne doświadczenia zawodowe, wspomnienie pinii, pod którą jedliśmy posiłki, hałasu, zapas pyłu w płucach, pismaniye i pocztówkę z retro widoczkiem z Hagia Sophią. Wypisz, wymaluj – koncentrat Turcji. Tymczasem mój ogród barwierski zarósł chwastem i wypięknił się zdrowymi liśćmi nowej odmiany urzetu. Ani jeden jego liść nie posłużył w tym roku do barwienia. Jedyne co mam z tego sezonu to zebrane nasiona z odmiany A (zeszłorocznej) i 10 sadzonek odmiany B (nazwijmy ją śródziemnomorską) przeniesione do ogrodu przed domem, do którego się przeprowadziliśmy. Niech wydadzą mi nasionka na zasiewek za 2 lata. Uwielbiam tę naturalną kolej rzeczy.

Przy okazji rozpakowywania się w nowym domu dotarło do mnie w całej skali ileż ja mam ciekawych zasobów, które rzuciłam dawno w kąt aż  nadejdzie mityczny czas, w którym „na pewno się tym zajmę”. Powiedzmy sobie szczerze – ja w nich po prostu utonęłam! W super pozytywnym znaczeniu tego słowa rzecz jasna. Jakież ja znalazłam wspaniałości to trudno opisać. Możecie sobie wyobrazić mnie upychającą czesanki do szafy w gabinecie i mój uśmieszek gdy bez wiedzy mojego partnera zaczęłam upychać je również w szafie w czytelni. Tak jest, w nowym domu posiadam swój gabinecik z wielkim biurkiem i szafą po brzegi wypełnioną wełnami i lawendą. Jest i piętro, kiedy ukończę bieżące projekty planuję zlitować się nad rozczłonkowanym krosnem i urządzić tam tkalnię.

Niech ubożęta lęgną się w mojej nowej wiejskiej chałupie i pomagają w ogarnięciu nowego ładu. A zimne wiatry niech omijają podwórko, przez które trzeba przejść do kotłowni gdy trzeba dołożyć do pieca.

Na małe powitanie prezentuję ostatnią z nitek jakie uprzędłam po powrocie. To połączenie wełny z whiteface’a, którą ubarwiłam urzetem zeszłej wiosny (i tak leżała do teraz) z inną „odleżyną”, czyli blue faced leicesterem w kolorze owsianki.

Między wrzucaniem zdjęć pomyślałam, że jeszcze dopiszę przemyślenie z ostatniego wieczora. Przyszło ono do mnie kiedy o 2 w nocy siedziałam nad zalążkiem tego tekstu. Udało mi się złożyć wtedy całe pierwsze zdanie, które później i tak usunęłam, więc wybitnie twórczo nie było, ale kiedy wróciłam zziębnięta z kotłowni do której jak zwykle wybiegam w klapkach i grzałam się przy kubeczku herbatki szałwiowo imbirowej, poczułam że to właśnie jest hygge (niech mnie ktoś poratuje polskim słowem, które odda ten nastrój chwili). Największy komfort temperaturowy jaki dla mnie istnieje to moment pokonania zimna i grzania nosa nad parującym kubkiem. Wkropiłam jeszcze parę kropel sosnowego olejku eterycznego na kawałek wełenki nad grzejnikiem i …. tak mi upłynęła ostatnia godzina przez położeniem się spać. Na dworze zimno, koty schowane na noc do domu, a ja tuliłam moją herbacię, rozkoszując się żywicznym zapachem lasu i majtałam gumowym klapkiem „kotłownikiem” na stopie. Tesktu nie napisałam. Ale była to i tak wyjątkowo przyjemna chwila.

Wróćmy do zdjęć. Po lewej stronie widać moje nowe studio foto, które wczoraj odkryłam za stodołą. Oto piękny stalowy zawias trzymający w kupie stare deski wrót. Na zakrętce od wkręta jak się okazało motek wełny trzyma się pięknie – siła tarcia skutecznie i nieinwazyjnie trzyma wełenkę na miejscu.

Przy okazji zdjęcie to napawa mnie dumą – tak oto wygląda dobrze zbalansowana nitka po wypraniu i wysuszeniu bez obciążenia (czyli bez wprowadzania czynnika dodatkowo blokującego). Wyjaśniam o co chodzi:

Skręcona nitka pojedyncza dąży do tego by się odkręcić, zatem puszczona luźno sprężynkuje w stronę odwrotną do skrętu. Od stresującej chęci odkręcenia się uwalnia ją połączenie z drugą nitką w taki sposób, że skręt obu nitek odbywa się w kierunku przeciwnym do skrętu pojedynczych nici. Ilość skrętu podanego podczas ich łączenia powinna być tak wyważona, by zrównoważyć energię skumulowaną w singlach, ale tak aby i nie przedobrzyć. Jeśli skrętu wielenia będzie za mało, wielona nitka będzie niedokręcona i dzianinka z niej będzie się krzywić. Podobnież będzie gdy tego skrętu będzie za dużo – włóczka będzie bardziej sznurkowata od takiej dobrze zbalansowanej, a dzianinka zaliczy skręt, lecz w drugą stronę. Idealnie jest gdy nic się nie skręca, a luźno puszczona pętla wisi swobodnie.

Uwielbiam to połączenie niebieskiego z kolorem owsianki. Bardzo dobrany duet koloru barwionego rośliną z naturalnym odcieniem. Cóż za wiejska nitka!

2 thoughts on “Powrót prządki

  1. Niteczka piękna, taka zerojedynkowa równiótka. I rozumiem twoje hygge. Człowiek nigdy się nie zastanawia jak niewiele do tego uczucia potrzeba. Tylko czemu ta chwila trwa tak krótko, bo ja bym tak chciała całe życie :).

  2. Mam wrażenie, że ta chwila jest tym cenniejsza im bardziej było przed chwilą niewygodnie. I może trwać nawet i krótko. Ważne, żeby zrozumieć, że hygge jest teraz i uchwycić je w pamięci, żeby przywołać kiedy trzeba będzie uspokoić się po całym dniu i zasnąć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *